Ave~!
Zdecydowanie jest trudniej pisać, nie mając figurek pod ręką.
Więc pomyślałam, że napiszę o moim pierwszym LPS.
Jest to motyl numer #611.
I pomimo tego, że było to bardzo, bardzo dawno, to ja cały czas pamiętam ten dzień.
To było już wtedy, gdy figurki zaczęły mieć znaczki w oczach, i, prawdę mówiąc, przez długi czas myślałam, że nie ma starszych.
No ale cóż. Nie umiałam czytać cyfr, więc skąd miałam wiedzieć? :")
Wtedy byłam jeszcze w przedszkolu.
Moja ówczesna najlepsza przyjaciółka Maja (jeżeli to czytasz to Cię pozdrawiam z serducha całego!) przyniosła pewnego dnia LPS, których w moim odczuciu miała trzysta, ale z perspektywy czasu myślę, że to było trzydzieści.
No i po prostu je pokochałam.
Powiedziałam to wtedy mamie zaraz po zajęciach, a że mały sklepik był niedaleko, zaciągnęłam ją tam siłą.
I zobaczyłam go.
Calutkiego różowego motylka.
Z fioletowymi skrzydłami.
Rozległ się krzyk zachwytu.
No i następnego dnia przyszłam do przedszkola z nowym petkiem.
Potem potoczyło się szybko- zawsze po zajęciach plastycznych dostawałam nowy zestaw lub też pojedynczą figurkę, a pod choinką czekały na mnie wielkie zestawy. Zostałam nawet szefową przedszkolnego klubu LPS :")
I to jest właśnie jego historia.
Krótka, ale cały czas ją sobie przypominam c:
I właśnie do tego sklepu udamy się w tym tygodniu razem z Indianą Paisley! Tak! c:
To sayonara <('v')\
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz